A może… zamiast dolce vita zacząć celebrować sybarytyzm?
A może… zamiast dolce vita zacząć celebrować sybarytyzm?

A może… zamiast dolce vita zacząć celebrować sybarytyzm?

„Dolce vita” znamy wszyscy.
Kawusia wypita na rzymskim placu, słońce muskające tarasy Amalfi, wieczorne aperitivo, które bardziej fotografujemy niż pijemy.
To piękna idea, ale przez lata zamieniła się w instagramowy mit, w kadry, które mają wyglądać jak życie, choć często życiem nie są.

I wtedy przychodzi Kalabria.
Ta bardziej surowa, bardziej prawdziwa. I przynosi ze sobą pojęcie stare jak świat, trochę zapomniane, trochę kontrowersyjne, trochę pachnące winem, oliwą i mitem.

Sybarytyzm.

Tak, to słowo ma historię dłuższą niż jakikolwiek poradnik o „slow life”.

Skąd wziął się sybarytyzm? Z miasta, które… już nie istnieje

Na ziemiach dzisiejszej Kalabrii, między Morzem Jońskim a masywem Pollino, istniało w VIII wieku p.n.e. jedno z najbardziej niezwykłych miast starożytności — Sybaris.
Założyli je Grecy z Achai, a ono samo szybko stało się legendą luksusu, uczt, zbytku i sztuki życia, która nie znała kompromisów.

To właśnie od Sybaris pochodzi słowo „sybaryta” — człowiek kochający wygodę, przyjemność, dobre jedzenie i dostatek.

Historyczne źródła przedstawiają sybarytów jako ucieleśnienie nadmiaru.
Plotki i legendy są jeszcze bardziej soczyste:
podobno potrafili narzekać, jeśli źdźbło trawy znalazło im się pod poduszką.

Czy to prawda?
Raczej nie.
Czy jest piękne?
Absolutnie tak.

I nic dziwnego, że Sybaris stało się symbolem luksusu, ale też… wyrzutkiem historii.
Mówiono o nim z ironią, czasem z pogardą.
Współcześnie we włoskim „essere sibarita” nadal pobrzmiewa cień dekadencji, nadmiaru, oderwania od rzeczywistości.

Sybarytyzm często kojarzy się z nadmiarem, luksusem i starożytną dekadencją. Ale dziś ta idea wraca w zupełnie nowej formie. Coraz częściej szukamy nie idealnych zdjęć, lecz prawdziwych przeżyć. Nie „dolce vita”, które wygląda pięknie na Instagramie, lecz własnej, świadomej przyjemności życia — tej, która naprawdę nas karmi. W tym wpisie opowiem, czym różni się dolce vita od sybarytyzmu oraz jak stworzyć własną filozofię codziennych przyjemności.

Sybarytyzm 2.0 — moja interpretacja

A jednak… coś w tym słowie przyciąga.
Może dlatego, że za tą maską przesady kryje się coś znacznie ciekawszego.

Sybarytyzm w moim wydaniu, ten współczesny, pozbawiony pałaców i złotych kielichów, to nie jest zaproszenie do lenistwa.

To jest sztuka wyboru.

wybierać smaki, które poruszają,
rzeczy, które cieszą,
chwile, które zostają w pamięci na zawsze.

Nie chodzi o „więcej”.
Chodzi o lepiej.
Nie o ucieczkę od świata.
O świadomą obecność w nim.

Sybarytyzm 2.0 nie ma w sobie nic z nadęcia.
To szczypta luksusu tam, gdzie naprawdę go czujesz:
w dopracowanym espresso, w kolacji jedzonej tak jak lubisz, w spacerze twoją ulubioną uliczką, która pachnie Twoim dzieciństwem — nawet jeśli to nie Twoje miasto.

Sybarytyzm często kojarzy się z nadmiarem, luksusem i starożytną dekadencją. Ale dziś ta idea wraca w zupełnie nowej formie. Coraz częściej szukamy nie idealnych zdjęć, lecz prawdziwych przeżyć. Nie „dolce vita”, które wygląda pięknie na Instagramie, lecz własnej, świadomej przyjemności życia — tej, która naprawdę nas karmi. W tym wpisie opowiem, czym różni się dolce vita od sybarytyzmu oraz jak stworzyć własną filozofię codziennych przyjemności.

Dolce vita vs. vita sybaritica — subtelna różnica

„Dolce vita” to dziś bardziej estetyka niż filozofia.
Hashtag. Kadry z pocztówki.
Często iluzja.

„Vita sybaritica” jest bardziej pierwotna.
Nie musi być idealna.
Ma być pyszna.

Dolce vita jest słodkie, chwilowe.
Sybarytyzm może być bardziej świadomym wyborem.

Dlaczego o tym piszę? Bo Kalabria wciąż pamięta

Sybaris dawno zniknęło z mapy — zniszczone przez sąsiadów z Krotonu i przez własną legendę o zbytku.
Ale jego duch przetrwał tu, na tych ziemiach.
W dzisiejszym Sibari, w dolinie tak niewinnie spokojnej, że aż trudno uwierzyć, że to kolebka jednej z najbardziej prowokujących idei starożytności.

I dlatego Kalabria tak idealnie pasuje do nowej wersji sybarytyzmu.
Jest surowa, prawdziwa, cielesna.
Niesłodka — intensywna.
Nie jest „ładną pocztówką”.
Jest życiem.

Może więc… czas wrócić do sybarytyzmu?

Nie tego z legend o złotych łożach.
Tego z prawdziwych wyborów.

Może właśnie to jest sposób, by naprawdę żyć dobrze —
nie słodko,
ale świadomie.
Czy odważysz się spróbować?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

error: Content is protected !!