Od kilku dni zbieram się do napisania małej relacji z ostatniego spotkania blogerek, które odbyło się w Kalabrii ale tyle się działo, że aż boję się, że coś ważnego mi umknie.

Kiedyś nawet czytałam na ten temat rozmowę. Młody przejęty reporażysta dopytywał się Kapuścińskiego o ważności tworzenia na bieżąco notatek z danych chwil żeby potem, już przy pisaniu relacji nie umknęła nam ważna rzecz. Jednak Kapuściński ze stoickim spokojem tłumaczył owemu reportażyście, że nie ma czego się bać bo nasza pamięć i tak zapamięta wszystko to, co najważniejsze a tego czego nie zapamięta to znaczy, że nie było ważne. I chyba coś w tym jest. No to się uspokajam i zaczynam pisać.
Pierwsza myśl (wspomnienie) jaka mi przychodzi do głowy jest taka, że ciągle coś jadłam i popijałam sycylijskim winem ale to chyba rzecz normalna gdy w towarzystwie znajdują się blogerki kulinarne. Dobrze, że z Dominiką z Kalabrii bocznymi drogami zaplanowałyśmy w między czasie zwiedzanie i nosząc mój ciężki apart mogłam co nieco spalić kcal bo inaczej pękłabym.
Dominika kusi obiadem
Była zaplanowana każda chwila naszego spotkania i plan był zawsze wykonany. Z lekkim poślizgiem. No ale przecież w Kalabrii nikt nie patrzy na zegarek. No dobra, oprócz mnie. Ba! Za to ciągłe przypominanie dziewczynom o programie zostałam nawet okrzyknięta „Anetą z północnym ADHD”. Chyba jeszcze mi trzeba kilku korepetycji na wprowadzenie w życie typowo południowego stylu życia. No cóż, uparta jestem.
Kolejny aperitiv
A w programie, o którym cały czas przypominałam uczestniczkom były piękne zakamarki Kalabrii, o których zwykłe przewodniki nie piszą. Arcomagno na wyłączność tylko dla nas i urządzony tam pic nic z domową kuchnią. Kolacja w Belmonte Calabro i nocne spacery po miasteczku podziwiając rozwój Albergo Difuso, który polega na rozbudzeniu do życia prawie wymarłego miasteczka. Było też Fiumefreddo Bruzio, o którym już piszę i piszę i napisać nie mogę i Pizzo Calabro, w którym odkryłam nową osobę pełną oddanej pasji dla podtrzymywania pamięci o zwykłych niezauważalnych mieszkańcach (o tym też obiecuję napisać). Krótko mówiąc każde miasteczko było położone w tak cudownym miejscu, że dziewczyny oddawały się mani fotografowania.
Arcomagno o zachodzie słońca

 

Co krok był pstryk
Przyznam Ci się, że największymym „wyzwaniem” była dla nas Renata z Kalejdoskop Renaty i Jagoda z Włochy by obserwatore bo one już były w Kalabrii i wiedziały co je mniej więcej czeka. Z Agnieszką było o wiele łatwiej. Wiedząc, że szaleje za morzem nie martwiłyśmy się o to, czy ją zauroczy Kalabriia tym bardziej, że to był jej pierwszy kontakt z nią. My to po prostu wiedziałyśmy, że Kalabria i tak skradnie kawałek serca Agnieszki z Ciekawaosta w Alpach. I nie myliłyśmy się.
Renata i Jagoda w Fiumefreddo Bruzio
A co było dla mnie największym zaskoczeniem? Moja szarlotka, którą zrobiłam specjalnie na spotkanie. Nie spodziewałam się, że polskie ciasto znajdzie łasuchów. Podobno też i fani upominają się o nią więc niebawem będzie przepis na blogu. I wiesz co? Z żadnej wyprawy nie wróciłam do domu z taką ilośćia sfotografowanego jedzenia.
A najfajniejszym było to, że do dyspozycji miałyśmy cały apartament Dominiki z widokiem na morze, gdzie to właśnie tam objadałam się ciągle. Próbując między innymi mleczka tuńczyka czyli inaczej mówiąc tak po naszemu spermę. Uff, stanowczo wolę używać włoskie słowo lattume bo inaczej to mi wszystko jeszcze podchodzi do gardła.
Aperitiv z lokalnymi przysmakami
To było takie dziwne spotkanie, bo na „mojej ziemi”, gdzie znałam myki i ukryte zakątki do których turysta nie ma łatwego zasięgu. Znając już tereny mogłam się skupić na emocjach blogerek i obserwować je. Widziałam w nich mnie sprzed 17 lat, gdy na widok Kalabrii wydawałam z siebie tylko ach i och.
Kuchnia lokalna również skradła ich serca. Z tego co wiem, to Renata już rzuciła się w wir gotowania. Lada moment powinny pojawić się u niej na blogu nowe przepisy. Agnieszka, która deklaruje swoje zdolności antykulinarne wyznała nam na plaży że zaprzyjaźni się z garnkami (nie wiem tylko, czy to morze na nią tak wpłynęło). Jagoda również nie mogła się oprzeć pokusie i zawsze podglądała Dominikę w kuchni. A ja? Ja oddałam się błogiemu smakowaniu wszystkiego, co dziewczyny ugotowały. Teraz tylko nie wiem, jak ja wejdę w moją sukienkę na bierzmowanie córki.
To my organizatorki
Ale i tak najbardziej, to będzie mi brakować tych obiadów slow na tarasie u Dominiki z widokiem na morze.
I z dumą mogę stwierdzić, że misja została wykonana. Moja Kalabria (nasza Kalabria) podbiła serca blogerek. I wiesz co? Cieszę się, że mogłam pokazać dziewczynom, gdzie mieszkam. Tylko dlaczego to trwało tak krótko?